|
W dniach 14-16 marca GS-7 + przyjaciele odbyli zimowy trening wysokogórski przed planowaną wyprawą na Mont Blanc. W wyprawie udział wzięli: Karok (kierownik wyprawy), Szpargał, Patton oraz Paweł i Agnieszka. Celem treningu było sprawdzenie sprzętu oraz swoich możliwości podczas wspinaczki i biwaku w śniegu oraz przećwiczenie elementów asekuracji i autoratownictwa. Miejsce to Tatry Zachodnie, rejon szczytu Ornak.
Pierwsza ekipa (Patton i Szpargał) dotarła do Doliny Kościeliskiej w piątek 14 marca ok. północy. Już podczas szykowania się do wyjścia zaskoczyła nas śnieżyca. Jednak niczym nie zrażeni ruszyliśmy przed siebie aby ok. 2.00 w nocy dotrzeć do schroniska na Hali Ornak. Tam wygodne spanko w suszarni i oczekiwanie na pozostałych. Karok, Aga i Paweł dotarli do schroniska ok. 5.00. Trochę snu, śniadanko, opracowanie trasy i około południa ruszamy. Pierwszy odcinek wiedzie szlakiem przez las. Zalega gruba warstwa śniegu, ale szlak jest przetarty więc idzie się wygodnie. Przełęcz Iwanicką osiągamy w niecałą godzinę. Na przełęczy krótki odpoczynek i regeneracja, bo czeka nas najbardziej mozolny odcinek. Ruszamy w stronę szytu Ornak. Podejście bardzo strome, głęboki śnieg, miejscami zapadamy się po kolana. Plecaki ważące ok. 15kg stają się coraz cięższe. Ale napieramy, trawersujemy po przysypanej kosówce. Wejście na grań zajmuje nam sporo ponad godzinę, jesteśmy zmęczeni. Jednak widoki wynagradzają trud, są niesamowite! Po chwili odpoczynku i kontemplacji piekna przyrody ruszamy granią w stronę szczytu. Grań jest pokryta wywianym, stwardniałym śniegiem. Raki i kije są niezastąpione! Wgryzają się w lód i pozwalają na sprawne pokonywanie kolejnych odcinków. Poruszamy się bardzo ostrożnie, uważając aby nie nastąpić na nawisy śnieżne i nie zjechać z lawiną. W miarę szybko osiagamy szczyt Oranku. Znów odpoczynek, sesja zdjęciowa, podziwianie widoków. Po czym przechodzimy do dalszej części imprezy - szukamy miejsca na nocleg. W tym celu Karok udaje się za pobliskie skałki i... znika nam na ponad pół godziny. Ponieważ zbliża się wieczór zaczynamy się niepokoić. Aga idzie go szukać. I też znika. Ale po kolejnych 15 minutach pojawia się ponownie i przynosi dobre wieści: Karok znalazł dobre miejsca na biwak, osłonięte duże wypłaszczenie na przełęczy Kotłowe Siodło. Tam rozstawiamy namioty, jemy kolację, bawimy się w śniegu. Humory dopisują. Chwilkę podziwiamy gwiazdy i idziemy spać. Tylko Paweł walczy z aparatem i statywem próbując uchwycić piękno chwili. Jest godzina 21.00. Wiatr się wzmaga. Około północy osiaga siłę wichury. Namioty co prawda zabezpieczone, ale jest coraz gorzej: przedsionki fruwają, szpilki nie są w stanie ich utrzymać. Tylko kije i czekany jako tako utrzymuja nasze schronienia. Strach wyjść z namiotu aby coś poprawić, w obawie, że wiatr go porwie i nie będzie do czego wrócić. Wichura w szaleńczym tempie nawiewa śnieg, który wciska się każdą możliwą szparą, oraz przysypuje namioty (przynajmniej są cięższe, nie odfruną). Jednocześnie jest coraz ciaśniej, nawiany śnieg przygniata ścianki namiotu. O spaniu nie ma mowy, o wycofaniu się również. Musimy dotrwać do rana. Około 6.00 rano zaczynamy się wykopywać. Słońce wychodzi, jest szansa na lepszą pogodę. Jednak zwijamy obóz podczas wiatru, co jest nie lada wyzwaniem. Ale udaje nam się nie stracić sprzętu i wszystko spakować. Nie ma czasu ani warunków na śniadanie, więc zapychamy się szybko czekoladą. Wody też niewiele, bo wększość w nocy zamarzła. Ale po spakowaniu przystępujemy do trenigów, przede wszystkim obsługi czekana i autoratownictwa z jego użyciem. Szpargał i Patton na zamianę wspinają się po oblodzonym stoku i rzucają się z niego w dół próbując wyhamować czekanem. Zabawa przednia, ale męcząca, szczególnie podejścia. Ok. 9.20 zaczynamy schodzić. Po raz kolejny doceniamy dobrodziejstwo raków trawersując oblodzony fragment kotła w dolinie Pyszniańskiej. Po drodze robimy fotki, oglądamy jakże inny niż poprzedniego dnia krajobraz (chmury). Miejsce mozolnej wspinaczki w kosówce tym razem daje nam sporo radości - większość odcinka pokonujemy zjazdem na tyłku :-) Po dotarciu na zalesioną Iwanicką Przełęcz jest w końcu czas na śniadanko. Na kuchenkach topimy lód i parzymy herbatę. Zdechnięte w termosie plasterki cytryny z poprzedniego dnia są nie lada rarytasem, dodatkiem do herbaty. Godzinę później już jesteśmy w schronisku i pijemy zimne piwko! Zmęczeni, ale szczęśliwi! Jeden weekend a wrażeń na parę miesięcy! |